niedziela, 9 października 2016

Ostatnia rodzina - reż. Jan P. Matuszyński (2016)

„Ostatnią rodzinę” debiutanta Jana P. Matuszyńskiego obejrzałam kilka dni temu. Ale potrzebowałam czasu, by uwolnić się od emocji związanych z tym obrazem i spojrzeć na historię rodziny Beksińskich trzeźwym okiem, jeśli to w ogóle możliwe. Bo recenzje tego obrazu są skrajnie różne. Kością niezgody okazał się filmowy wizerunek Tomasza Beksińskiego. Dlatego od samego początku mam wrażenie, że odbiór tego filmu, a co za tym idzie ocena jego wartości, zależy przede wszystkim od kontekstu. Film oparto na prawdziwych wydarzeniach więc wszystko zależy od tego, na ile ten świat znaliśmy. Słuchacze audycji Tomka spojrzą na ten film inaczej, niż admiratorzy talentu Zdzisława. Jeszcze inaczej ocenią film ludzie bardzo młodzi, dla których wydarzenia przedstawione na ekranie są czasem całkowicie odległym. Nie wiem natomiast, na ile można zachować dystans, jeśli faktycznie znało się człowieka, o którym jest film. Dlatego na początek chciałam zaproponować zupełnie inny odbiór tego obrazu. „Ostatnia rodzina” widziana jako dzieło autonomiczne, niezależne od faktów. 


Sam proces wchodzenia w film i jego atmosferę odbywa się błyskawicznie. Warszawska saga rodziny Beksińskich zaczyna się w roku 1977. Tomasz Beksiński wprowadza się do swojego mieszkania, dookoła szare, typowo PRL-owskie blokowisko wyglądające tak jakby ktoś wyssał z niego życie. Kilka bloków dalej mieszkają rodzice i obie babcie Tomka; Zdzisław i Zofia wraz ze swoimi matkami, babcią Beksińską i babcią Stankiewicz. Od początku widać, że to serdeczny, ciepły dom, w którym najważniejszą osobą jest Zofia. Kobieta, która poświęciła swoje życie, pasje i pragnienia, oddając się bez reszty opiece nad mężem i synem. To ona jest siłą sprawczą tego domu. Dobrym duchem potrafiącym ogarnąć każdy rodzinny kryzys. Zdzisław prawie całymi dniami maluje, o czym świadczą jego niezwykłe i mroczne obrazy, wyglądające z każdego kąta i pokoju. Ale Zdzisław słucha również muzyki. W odróżnieniu od syna głównie muzyki poważnej. Podobnie jak u rodziców, również w mieszkaniu Tomka większość miejsca zajmują taśmy, kasety, magnetofony szpulowe, płyty winylowe, sprzęt elektroniczny. Oczywiste wydaje się, że Beksińscy byli ludźmi, którzy żyli sztuką. Ale równocześnie żyli całkiem zwyczajnie. Jak każda przeciętna rodzina tamtych lat. No, może z tą różnicą, że Zdzisław rejestrował na video tę przeciętność i codzienność. Wiele scen w filmie ma charakter paradokumentalny. Sceny imitujące zapis video powstały oczywiście w oparciu o autentyczne materiały, które należały do Beksińskich. Te sceny są naprawdę znakomite. Tak samo jak genialna jest kreacja Andrzeja Seweryna, zasłużenie nagrodzona w Gdyni i Locarno. Równie znakomita jest Aleksandra Konieczna, także nagrodzona w Gdyni. Porównując te role z kreacją Dawida Ogrodnika o samego początku widzimy, że jego bohater jest postacią przerysowaną. Ale z drugiej strony znakomicie uchwyconą w detalach. 

Dla mnie, osoby wychowanej na audycjach Tomka Beksińskiego kluczową sprawą był głos. Nie tyle wygląd, co właśnie brzmienie głosu, który 17 lat po jego śmierci jest ciągle pamiętany przez wiernych słuchaczy. I to jest głos, któremu uwierzyłam. Nie chodzi tu rzecz jasna o dosłowną imitację, bo to niemożliwe. Chodzi o emocje z nim związane. Tym bardziej, że co kilka minut brzmią w filmie utwory, które pamiętamy z kultowych audycji. Nie brakuje tych najważniejszych, w stylu „Nights In White Satin” The Moody Blues czy „Parents” Budgie. Są w końcu i takie, które nie znalazły się na ścieżce dźwiękowej promującej film, a pojawiają się na ekranie. Choćby „Nobody Does It Better” Carly Simon z jednego z ulubionych Bondów Tomka; chodzi oczywiście o „Szpiega który mnie kochał” z 1977 roku z Rogerem Moorem w roli agenta 007. To scena prezentacji Bonda z tłumaczeniem Tomka na żywo. Jest w końcu w filmie „Medley: At La Belle Aurore” w wykonaniu Warner Bros Orchestra z "Casablanki" Michaela Curtiza. Fragment z niezapomnianej, bo ostatniej audycji Tomka z 12 grudnia 1999 roku. Patrząc na „Ostatnią rodzinę” właśnie z perspektywy radia, z pewnością każdy słuchacz chciałby, żeby te chwile trwały dłużej i żeby takie kompozycje jak „Several Times” Pietera Nootena i Michaela Brooka miały szansę wybrzmieć, bardziej zaznaczyć swoją obecność. To jest to, czego mi brakowało, tych paru dodatkowych minut dla tych wyjątkowych dźwięków, których klimat twórcy oddali bezbłędnie, a to wielka sztuka. Oddać chemię, która w oczywisty sposób łączyła Tomka i słuchaczy, głos i mikrofon, człowieka w radiowym studiu z ludźmi przed radioodbiornikami. To w tych scenach, których jest w filmie jak na lekarstwo bohater Ogrodnika wydaje się człowiekiem, który nas fascynował. Wyciszony, bez reszty oddany swojej pasji...Jednak w tym momencie trzeba oddać sprawiedliwość twórcom. Debiut Matuszyńskiego dotyczy całej rodziny - jej członków i ich relacji z najbliższymi. I w tych relacjach filmowemu Tomkowi bardzo często towarzyszą wybuchy irracjonalnego gniewu, niepokój. Portret ekscentryka dopełniają próby samobójcze i właśnie ten trudny charakter bohatera wywołuje największe kontrowersje. Bodaj najostrzejsze słowa pod adresem filmu padły ze strony Wiesława Weissa, który znał Tomasza wiele lat i uznał wizję reżysera oraz scenarzysty za krzywdzącą, nieprawdziwą. Czy twórców można w tej sytuacji jakoś bronić i usprawiedliwiać? Nie wiem. Nie mam prawa do takich ocen. Ja jestem tylko widzem i byłam wiernym słuchaczem.

Impulsywność bohatera tłumaczę sobie w ten sposób, że Tomasz Beksiński był wielką osobowością. A zatem z pewnością człowiekiem skomplikowanym. Zawsze byłam zdania, że takie osoby muszą wyrastać ponad przeciętność, a Tomek Beksiński z pewnością był człowiekiem przełamującym stereotypy. Innym od większości ludzi, którzy każdego dnia mijają nas na ulicy. Taki jest moim zdaniem klucz to ekranowego wizerunku tej postaci. Cały czas jestem zdania, że to wstrząsający i świetnie zrobiony film. Z racji swej specyfiki widziany z wielu perspektyw. Wydaje mi się, że nawet fabuła oparta na faktach jest jedynie pewnym wycinkiem. Już sam wybór faktów stanowi jakąś interpretację. Twórcy musieli zmieścić 28 lat z warszawskiego etapu życia rodziny Beksińskich w dwóch godzinach filmu. Mnie ta wizja przekonuje, ale każdy widz musi odpowiedzieć sobie na to pytanie samodzielnie i iść do kina. Wracając jednak do krytycznych ocen; doskonale rozumiem bardzo emocjonalny odbiór Pana Weissa. Bo prawdą jest, że nie wiem jakbym się czuła będąc na jego miejscu. Znał bohatera filmu i tak bliska relacja z pewnością utrudnia zachowanie dystansu. I pewnie gdzieś tam zawsze będzie pojawiało się pytanie, dlaczego Matuszyński nie pokazał swojego bohatera jako człowieka spełnionego. Przynajmniej jeśli chodzi o sferę zawodową. Być może niepowodzenia miały być wstępem do tego, co stało się w grudniu 1999 roku. Bo poza wszystkim innym, „Ostatnia rodzina” jest filmem o nieuchronności ludzkiego losu. O tym, że doczesność jest ułudą, fatamorganą. Bo koniec tej drogi zawsze jest ten sam. I nawet znając finał tego filmu musimy przyznać, że jego dekadencki wydźwięk poraża swoją sugestywnością. Nie pamiętam kiedy ostatnio płakałam w kinie na polskim filmie. 

„Ostatnią rodzinę” można również postrzegać jako dramat egzystencjalny; bo bez względu na to kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, gdzieś tam na końcu zawsze czeka na nas proza życia. Konsekwencją takiej refleksji jest specyficzny wizerunek bohaterów. Ten film nie jest pomnikiem, a pokazaniem najważniejszych postaci w taki sposób, jakby byli naszymi sąsiadami z tej samej klatki schodowej. I ten zabieg spowodował, że ci ludzie stali się dla mnie bliscy. Filmowy Zdzisław nie jest pomnikiem znanego artysty. Tak samo jak filmowy Tomasz nie jest pomnikiem kultowego dziennikarza muzycznego i tłumacza filmowego. I to stanowi największą wartość „Ostatniej rodziny”. Musimy bowiem pamiętać, że w światowym kinie wartościowe filmy biograficzne to te, które pokazują nie tylko sukcesy, ale również porażki swoich bohaterów. Spójrzmy choćby na filmowe biografie wielkich muzyków. „Bird” o Charliem Parkerze, „Lady Sings The Blues” o Billie Holiday czy „Ray” o Rayu Charlesie to historie o wielkich artystach, ale równocześnie o ich słabościach. To historie naznaczone bólem i cierpieniem. Osoby znane, podziwiane, nieprzeciętne nie są przecież wolne od problemów, które spotykają innych ludzi. Myślę, że film Matuszyńskiego to obraz na swój sposób podobny i równie prawdziwy…

p.s. Zabrakło mi w tym filmie jednego ważnego utworu – „The Court Of The Crimson King” z debiutanckiego albumu King Crimson z 1969 roku. Za sprawą Tomka Beksińskiego to jedna z najważniejszych płyt w moim życiu. Przypuszczam, że brak utworu w filmie (wydaje mi się, że go nie słyszałam) i na soundtracku związany jest z prawami autorskimi. Nie zawsze udaje się pozyskać do takich przedsięwzięć tę wymarzoną muzykę, nawet w przypadku bardzo ambitnych projektów. Są twórcy, którzy np. nigdy nie udostępniają swojej muzyki na potrzeby różnego rodzaju kompilacji. Być może o to tutaj chodzi…


Fragmenty mojego tekstu z Radionewslettera z 15 listopada 2005 roku: tekstu napisanego 1 listopada jedenaście lat temu...

 „Znowu słucham Tomka Beksińskiego. Zaczęło się od tego, że 1 listopada sięgnęłam na moją półkę z audycjami nagranymi z radia na przestrzeni wielu lat. I wybrałam jego pożegnalny program z 12 grudnia 1999 roku: Pamiętają Państwo scenę z Casablanki? Kiedy w Paryżu Ingrid Bergman mówi do Bogarta: 'Pocałuj mnie Rick. Pocałuj, jakby to był ostatni raz.' Ręka potrąca kieliszek. Wino rozlewa się po stole... Spróbujmy przeżyć tę scenę przez najbliższe cztery godziny...' - Kiedy słyszę te słowa, tytułową kompozycję Maxa Steinera i zaraz potem gra As Time Goes By w wersji Bryana Ferry, niemal zawsze mam łzy w oczach. Bo śmierć Tomka w jakiś symboliczny sposób zakończyła moim zdaniem pewną epokę. Epokę inaczej niż obecnie pojmowanej istoty Radia. Wielokrotnie zastanawiałam się, co Tomek by robił dzisiaj, gdyby żył. Czy znalazłby pracę w radiu takim, jak teraz? Czy dalej chciałby tłumaczyć filmy? Nowe Bondy mogłyby go bardzo rozczarować. Monty Python to już zamknięty rozdział historii. Niemal w zapomnienie odeszło prawdziwe kino grozy. Zastąpione tandetnymi horrorami, które pretendować mogą jedynie do miana żałosnych parodii znakomitych poprzedników. Ale wracając do sedna. Nie twierdzę, że każda stacja musi być najwyższych lotów i że wszyscy mamy naprawiać świat. Chciałabym tylko, żeby tacy ludzie, jak Tomasz Beksiński, nie zabierali Swojego Radia do grobu. Tak. To pewnie mocne, a zarazem bardzo smutne słowa. Ale mam takie marzenie, żeby to wszystko ktoś kontynuował. Żeby Mistrzowie mogli wychować swoich następców i żeby byli z nich dumni. Żeby radio trwało. W wielu aspektach. Także jako jedna z najpiękniejszych, choć najbardziej ulotnych sztuk. Bo składających się z maleńkich ‘tu i teraz’. Czasem tylko paru słów, odrobiny ciszy i kilku dźwięków, a jednak niezapomnianych. Pamiętam taką jedną audycję Tomka. To był chyba któryś Wieczór płytowy w 1987 roku i cały album King Crimson ‘In The Court Of The Crimson King’, słyszany wówczas przeze mnie, dzieciaka, pierwszy raz. I przypominam sobie, że dawno, dawno temu Radio odpowiedziało na moją tęsknotę za innym światem. A dzisiaj ciągle myślę o tym, jakie audycje można byłoby robić w warunkach absolutnej wolności, nie zważając na nic. Mam wrażenie, że szczególnie bardzo młodzi słuchacze, nie znający tego, co było kiedyś, mogliby osłupieć z wrażenia. I spojrzeć na niebo pełne gwiazd, jak nigdy dotąd. Zasilić szeregi marzycieli, którzy nieustannie wspinają się na swoją górę. Ich życie już na zawsze byłoby inne. W kulminacyjnym punkcie bez możliwości odwrotu. Himalaje wyobraźni...”



                             Ostatnia rodzina - fot. Hubert Komerski/ Aurum Film (dystr. Kino Świat 2016)