wtorek, 30 maja 2017

Zbigniew Wodecki (1950 - 2017)

Nie sądziłam, że tak szybko nadejdzie dzień, w którym usłyszę, że Zbigniew Wodecki nie żyje. Te słowa dudnią mi w uszach do dziś, bo był Artystą którego kochałam odkąd pamiętam. Jego piosenki znałam na pamięć mając 9-10 lat. Z oczywistych względów nie rozumiałam do końca ich tekstów, ale samej muzyki słuchałam świadomie. Do tego stopnia, że oglądałam w telewizji siermiężne PRL-owskie Koncerty życzeń, bo właśnie tutaj mogłam najczęściej usłyszeć takie utwory jak "Izolda", "Zacznij od Bacha" czy "Lubię wracać tam gdzie byłem". 



Pierwszy koncert na jakim byłam w życiu to był właśnie występ Zbigniewa Wodeckiego. Był rok 1983, Babcia Jadzia doskonale znała moje zainteresowania i kupiła bilety na jego koncert w kinie Giewont (obecnie Sokół) w moim rodzinnym Zakopanem. Byłam chyba jedynym dzieciakiem na tym koncercie i pamiętam, że jako jedyna siedziałam na podłodze pod sceną. Fascynowały mnie skrzypce, trąbka i fortepian. To był okres, kiedy marzyłam o tym, by grać na jakimś instrumencie. Wodecki już wtedy był dla mnie wirtuozem. Potrafił komponować utwory wyrafinowane pod względem aranżacyjnym, ale równocześnie tworzył piosenki, którymi zawsze zjednywał sobie publiczność. Miał niezwykłą pamięć muzyczną, wyjątkowy głos i niesamowite warunki wokalne. Z racji wykształcenia muzycznego był też fantastycznym interpretatorem. Ale znaczył dla mnie tak wiele również z prozaicznego powodu. Wspomnienia każdego z nas związane są przecież z piosenkami. Czasem są to utwory, które piszą kolejne rozdziały naszego życia. 

Dla mnie takim wyjątkowym okresem były czasy, gdy nauczyłam się obsługiwać magnetofon szpulowy mojej Mamy. Do dziś pamiętam niektóre taśmy i kolejność znajdujących się na niej piosenek. Jednym z moich kultowych utworów tamtego okresu była 13- minutowa suita "Wierzymy w sny" z muzyką Wodeckiego i słowami Janusza Terakowskiego, nagrana razem z orkiestrą symfoniczną i gościnnym udziałem Hanny Banaszak. Kompozycja miała swoją premierę na festiwalu w Opolu w 1983 roku. Od lat szukam tego utworu w jakości emisyjnej. Dysponuję wyłącznie kopią mp3 zgraną ze starej kasety magnetofonowej. O ile wiem, ten utwór nie znalazł się na żadnej płycie Wodeckiego. A może ocalał gdzieś w archiwach Polskiego Radia? Do dziś pamiętam, że zaraz obok na tej samej taśmie Mama nagrała "Jak na lotni" Andrzeja Zauchy oraz "Żniwną dziewczynę" Wojciecha Młynarskiego. Słuchałam tej taśmy odrabiając lekcje, albo budowałam w tym czasie z klocków siedząc na drewnianej podłodze w moim domu rodzinnym w Naprawie. Właśnie tak uczyłam się świadomego słuchania muzyki. Jeszcze zanim nauczyłam się słuchać radia. Los bywa przewrotny bo głównych bohaterów tamtej taśmy już nie ma. Podobny los spotka już niedługo mój
dom w Naprawie. Pozostały wspomnienia, które dziś znaczą dla mnie więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Później, w latach 90. straciłam Wodeckiego z pola widzenia. Nigdy jednak nie przestałam go cenić. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam, gdy kilka lat temu jego twórczość zaczęła przeżywać renesans. Zaczęło się od genialnej płyty koncertowej, nagranej razem z Mitch& Mitch i nagrodzonej dwoma Fryderykami. Od albumu "1976. A Space Odyssey", na którym znalazły się piosenki Wodeckiego z jego debiutanckiej płyty sprzed 40 lat. Niedługo potem "Rzuć to wszystko co złe" znalazło się na pierwszym miejscu Listy Trójki. Było lato 2015 roku, rozpoczęte niezwykłym występem Wodeckiego na festiwalu w Opolu. Pamiętam, że o poziomie artystycznym tamtej edycji mówiło i pisało się różnie ale "Lubię wracać tam gdzie byłem" w wykonaniu Wodeckiego i Alicji Majewskiej na koncercie z okazji 90-lecia Polskiego Radia było mistrzostwem świata. Tamten występ był na swój sposób symboliczny bo pokazał jaka jest przepaść jakościowa między polskimi artystami sprzed lat, a tymi młodymi. Pamiętam, że byłam wtedy w euforii. Odkrywałam Wodeckiego na nowo i dowiadywałam rzeczy, o których nie miałam wcześniej pojęcia. Z wywiadu Piotrka Stelmacha i Anki Gacek dowiedziałam się wtedy, że podobnie jak ja zawsze podziwiał Burta Bacharacha i że zachwycały go wczesne nagrania Chicago oraz Blood Sweat& Tears. Nieoczekiwanie, miałam z Wodeckim jeszcze więcej wspólnego niż myślałam. 

Tamten moment był punktem zwrotnym w jego karierze. Również dlatego, że zupełnie nieoczekiwanie piosenki Wodeckiego sprzed lat odkryło młode pokolenie. Znam osoby, które do dziś wspominają Off Festival z 2013 roku i jego pierwsze występy z Mitch& Mitch. Jednak w moim postrzeganiu Artysty miało znaczenie coś jeszcze. Bo Wodecki był krakowianinem, tak jak moja Mama i większość mojej rodziny. Do dziś pamiętam, że w czasach mojego dzieciństwa Pan Zbyszek mieszkał przy ul. Koletek. Chodząc z Mamą na spacery w rejonie Wawelu często myślałam o tym, że być może chwilę temu szedł tymi samymi ulicami. I byłam dumna. Z tego samego powodu tak bardzo bliskimi mi artystami są również Skaldowie, czyli Andrzej i Jacek Zielińscy od zawsze związani z moimi obydwoma miastami rodzinnymi, Zakopanem i Krakowem. 

A jak wyglądało moje ostatnie spotkanie ze Zbigniewem Wodeckim? Półtora roku temu widziałam go na koncercie w Filharmonii Łódzkiej. Pan Zbyszek opowiedział wówczas swój słynny dowcip o Sądzie Ostatecznym i o tym jak trafia do Nieba razem z Robertem Redfordem i Robertem De Niro. Ten dystans do samego siebie oraz autoironię opanował do perfekcji. Jednak tamten występ pozostawił we mnie poczucie ogromnego niedosytu. Mimo, iż Wodecki miał wielki talent kabaretowy, poczucie humoru, charyzmę i temperament showmana. Mimo, iż emanował pozytywną energią, którą potrafił zarazić całą swoją publiczność. Ale ja najbardziej czekałam wtedy na jego piosenki. Tamtego wieczoru było ich podczas półtoragodzinnego występu wyjątkowo mało. Muzyka zeszła na dalszy plan i nie umiałam mu tego wybaczyć. Nie byłam też zachwycona, że sięgnął do "My Way". Miał przecież w swoim własnym repertuarze tak wiele wyjątkowych kompozycji. Oczywiście wiem, że identyfikował się ze standardem z repertuaru Sinatry. Po tylu latach w branży miał do tego pełne prawo. Nigdy jednak nie zapomnę dreszczu emocji, adrenaliny i wzruszenia, gdy wychodził na scenę. Nigdy nie sądziłam, że tamtego jesiennego wieczoru poczuję ten dreszcz w jego obecności po raz ostatni. 

Od 22 maja mam poczucie, że już nic nie będzie takie jak przedtem. Bo przez całe moje życie Zbigniew Wodecki wydawał się kimś bliskim. Kimś, kogo znałam. Mimo, iż nigdy nie poznałam Go osobiście. 


p.s. Jest taki jeden film, w którym wykorzystano w 2014 roku piosenkę "Odjechałaś tak daleko", pochodzącą z debiutanckiej płyty Artysty z 1976 roku. To "Pani z przedszkola" w reżyserii Marcina Krzyształowicza. Rola tego utworu jest wyjątkowa, ponieważ znalazł on swoje miejsce w filmowym scenariuszu i ilustruje jedną z najpiękniejszych, a zarazem najważniejszych scen. Pełni w niej rolę sentymentalną. Pokazuje dlaczego muzyka jest w naszym życiu ważna. Nie mam pojęcia czy Pan Zbyszek widział ten film. Ale jestem pewna, że byłby z niego zadowolony. Dla tych paru chwil z kompozycją Wojciecha Trzcińskiego warto obejrzeć "Panią z przedszkola". Polecam. 

fot. i YouTube - 1976. A Space Odyssey - Zbigniew Wodecki with Mitch& Mitch Orchestra and Choir (wyd. Lado ABC, maj 2015)