War Of The Worlds - od Wellsa do Spielberga...

Historia kolejnych adaptacji Herberta George’ a Wellsa jest dla mnie chyba bardziej fascynująca, niż sama książka. Ciekawe, czy w jakichś archiwach zachowała się radiowa wersja Wojny Światów w reżyserii Orsona Wellesa. Jakie to musiało być słuchowisko, skoro wielu Amerykanów w pośpiechu i przerażeniu opuściło podczas audycji swoje domy myśląc, że faktycznie zbliża się inwazja Marsjan i na farmie w New Jersey wylądowało coś strasznego.  




To było dzień przed Halloween, 30 października 1938 roku... Tak. Wojna Światów to magia radia. Z tym kojarzy mi się najbardziej. Przypomina 1984 rok, kiedy w piątkowej Tonacji Trójki usłyszałam fragmenty muzycznej adaptacji War Of The Worlds, zrealizowanej w roku 1978 przez Jeffa Wayne'a. I od razu widzę moje pierwsze radio, z którego nagrywałam audycje. Jakie to były emocje. Często wracam pamięcią do tamtych dni, ale już nie udaje mi się spoglądać na świat tak, jak wtedy. Dlaczego tak się dzieje? Kiedy przychodzi ten moment, że przestajemy wierzyć w rzeczy niemożliwe i rozstajemy się z marzeniami? A może to marzenia porzucają nas? Dziś mam więcej pytań niż odpowiedzi. To może zostawię ten temat… Światowa premiera War Of The Worlds już 29 czerwca. Dzień wcześniej będzie można kupić soundtrack Johna Williamsa. W Prologu i Epilogu pojawi się w roli narratora Morgan Freeman. Ciekawe, czy to ma być jakieś nawiązanie do niezwykłej narracji Richarda Burtona z The Eve Of The War albo np. Dead London? Czy Spielberg nie zniszczy tym filmem swojej własnej mitologii? W końcu to właśnie on był pierwszym w historii filmowcem, który ukazał kosmitów nie jako naszych wrogów, ale przyjaciół. Close Encounters Of The Third Kind to do dzisiaj jeden z moich ukochanych filmów... 





fot. The War Of The Worlds Jeffa Wayne’ a (Sony 1978), The New York Times Archive (1938)
KD (dla: Radionewsletter 21/06/2005 RNL238)


Po premierze...

Obejrzałam najbardziej przerażający film w swoim życiu. Teraz chyba chciałabym cofnąć czas. Nie oglądać War Of The Worlds, choć to znakomite kino. Gdyby świat był inny, to pewnie bym pomyślała, że nie ma się czym martwić. Problem jest jednak taki, że wizja Spielberga to tylko na pierwszy rzut oka science fiction.  




Siła przekazu reżyserskiego wynika nie tyle z ekranu, co z kontekstu. Obejrzałam film dzień po zamachach w Londynie i to był fatalny pomysł. Bo zło, jakiego dokonują istoty z innego świata, odebrałam jako autentyczne zagrożenie. Terroryzmem, bronią masowej zagłady. Niektóre nawiązania wydają się aż nazbyt oczywiste, np. roztrzaskany samolot pasażerski w jednej ze scen, który po 11 września 2001 może kojarzyć się tylko z jednym. Spielberg jest perfekcjonistą. U niego wszystko jest na serio i do końca. I nawet nie ma znaczenia, ze najnowsza, dość luźna adaptacja prozy Herberta George’ a Wellsa nie wnosi do kina nic nowego. Nie ma znaczenia, że wykorzystuje znane schematy, bo czyni to z porażającą sugestywnością. Nie przenosi nas w inny świat. Raczej skłania do refleksji, że jeśli człowiek się nie obudzi, to będziemy mieli wkrótce właśnie takie piekło na ziemi. I pewnie to chciał osiągnąć reżyser. I chyba dlatego nie będę wracać do muzyki Johna Williamsa. Nawet do introdukcji Morgana Freemana. Wolę The Eve Of The War w interpretacji Richarda Burtona z niezapomnianą muzyką Jeffa Wayne’ a z 1978 roku. Bo tamte kompozycje nadal pozostają dla mnie cudowną dawką czystej, fascynującej fantazji. Fantazji z czasów mojego dzieciństwa, kiedy świat wydawał się bardziej przyjazny i lepszy... Pewnie nieprzypadkowo wlaśnie ta muzyka sprzed lat doczekała się niedawno reedycji i przebojem wkroczyła na brytyjskie listy sprzedaży. A dotychczas na całym świecie sprzedano ponad 13 milionów kopii tego albumu.


KD (dla: Radionewsletter 12/07/2005, RNL 240)
fot. War Of The Worlds- reż. S. Spielberg ( Paramount/UIP 2005)