Ciąg dalszy nastąpi...

Czy w dziedzinie szeroko rozumianej kultury masowej czekają nas jeszcze jakieś niespodzianki? Nawet pobieżny rzut oka na lipcowy repertuar naszych kin daje w tej dziedzinie sporo do myślenia. „Shrek Trzeci”, „Szklana Pułapka 4”, „Harry Potter i Zakon Feniksa”( część V ). Tu i tam można przeczytać, że Harrison Ford i Steven Spielberg pracują nad „Indianą Jones 4”. Najlepsze sequele w historii powstawały w latach 80- tych. Były dziełem niezwykłego pokolenia reżyserów debiutujących jeszcze w latach 70- tych. Stevena Spielberga, George’ a Lucasa, Francisa Forda Coppoli, którzy wyznaczyli kierunek rozwoju światowego kina na wiele lat. Za sprawą takich serii jak „Indiana Jones”, „Gwiezdne Wojny” i „Ojciec Chrzestny” przełamali stereotypy, że filmowe kontynuacje nie mogą być lepsze od swoich pierwowzorów.




Kino Nowej Przygody

Na szczególną uwagę zasługuje w tym miejscu tzw. Kino Nowej Przygody, którego najważniejszymi przedstawicielami byli wspomniani Lucas oraz Spielberg. Za sprawą swoich dwóch trylogii zawojowali świat. Ukochani przez publiczność bardzo szybko trafili do czołówki najbardziej kasowych reżyserów w historii. Ale stali się też ulubieńcami krytyków, którzy od początku wiedzieli, że czysto rozrywkowy wymiar ogromnych przebojów to nie wszystko. Wystarczy wspomnieć trylogię o przygodach archeologa- awanturnika, gdzie późniejszy twórca „Listy Schindlera” na nowo odkrył dla widzów magię prastarych mitów i legend. Tajemne przedmioty wyzwalające z siebie nieziemskie moce wyrażały odwieczną tęsknotę człowieka za tym, co niewyjaśnione. Za tym, co mogło być wynikiem działań boskiego absolutu albo mitycznych sił, utożsamianych z innym, budzącym respekt światem. W „Poszukiwaczach zaginionej arki” biblijna Arka Przymierza unicestwiała nazistów, którzy przy użyciu jej niezgłębionych mocy chcieli ją wykorzystać do niecnych celów. W „Indianie Jonesie i świątyni przeznaczenia” pojawiał się święty kamień Sankara, którego kradzież sprowadziła na himalajską wioskę głód, nieszczęścia i cierpienie. W końcu w trzeciej części trylogii woda pochodząca ze Świętego Graala uzdrawiała rannego ojca Indiany Jonesa. Tajemnicze przedmioty, będące tworem nie doświadczonych przez bohaterów i widzów cywilizacji niosły w sobie posłannictwo innego świata. Indiana Jones wychodził cało ze wszystkich opresji bo jak twierdził „nic nie jest w stanie go zaskoczyć, jest naukowcem”. A zatem nic nie dzieje się przeciw nauce, lecz przeciw temu, czego jeszcze nie zdążyliśmy poznać. Tą ideą kierowali się wszyscy twórcy Kina Nowej Przygody, dla których rzeczywistość niemal zawsze stwarzała pretekst, aby ją zanegować czy w dosłownym sensie przekroczyć. Ale było też coś więcej. Już sam przykład filmów Spielberga wskazuje, że korzystanie z hollywoodzkiej tradycji w połączeniu z własnym stylem pozwalały dostrzec w tych obrazach pewne cechy filmowego autorstwa.

Reżyser autorem- autor po amerykańsku...

Było to równoznaczne z zanegowaniem powszechnej koncepcji filmu amerykańskiego jako kina producenckiego. Takiego, w którym status reżysera jest podrzędny i sprowadza się do wykonania odgórnych poleceń osób finansujących film. Jak wiadomo każda reguła ma swoje wyjątki i tak było również w przypadku Hollywood, gdzie od początku pojawiali się twórcy, których filmy odznaczały się charakterystycznym, osobistym stylem. Chaplin czy Hitchcock to przykłady sztandarowe, ale rzucające pozytywne światło na problem filmowego autora w Ameryce. Obydwaj filmowcy rozwinęli swój styl do tego stopnia, że ich nazwiska przyciągały widzów do kin równie skutecznie jak nazwiska aktorskich gwiazd. Ale prawdziwą rewolucję przyniosła dopiero połowa lat 50- tych. Właśnie wtedy młody francuski krytyk Francois Truffaut opublikował na łamach „Cahiers Du Cinema” artykuł, w którym autorstwo filmu przypisywał wyłącznie reżyserowi. Teorię reżysera- autora podchwycili po pewnym czasie krytycy amerykańscy, a ich śladem poszło Hollywood. Dla Spielberga, Lucasa, Coppoli, Martina Scorsese czy Briana De Palmy teoria ta okazała się znakomitym sposobem zaspokojenia ich artystyczno- komercyjnych aspiracji. Wszyscy stali się uosobieniem nowego gatunku filmowców. Artystów- biznesmenów, którzy doskonale rozumieli finansowe realia produkcji i dystrybucji filmów oraz potrafili wykorzystać tę wiedzę dla umocnienia swojej niezależności. Głównym z jej przejawów stało się to, że wspomniani reżyserzy w większości sami byli producentami swoich filmów. Po raz pierwszy w historii okazało się, że autorstwo nie musi być równoznaczne z pojęciem artystyczności, a w konsekwencji może z powodzeniem zostać wykorzystane na użytek kina komercyjnego. Z całym bagażem gigantycznej machiny produkcyjnej Spielberg czy Lucas kręcili sequele jak swoje następne filmy. To właśnie wtedy każdy ciąg dalszy, każda kolejna część trylogii stanowiła odrębny obraz funkcjonujący w swoim własnym kontekście. Znamienne było również, że filmy te nie posiadały zazwyczaj numerów, lecz nowe, odrębne tytuły. A eksplorowane światy zawsze były na swój sposób nowe, choć filmowcy czerpali pełnymi garściami z dotychczasowego dorobku małego i dużego ekranu, z legend i mitologii. Jakby nie patrzeć pierwsze „Gwiezdne Wojny” z 1977 roku łączyły w sobie lotnicze pojedynki z czasów II wojny światowej z chłodną fantastyką przywodzącą na myśl „Odyseję kosmiczną 2001” Stanleya Kubricka będąc równocześnie westernem w kosmosie. Aż trudno dzisiaj uwierzyć, że Lucas przystępując do realizacji filmu był na skraju ubóstwa, bo jego dwa poprzednie obrazy, „American Graffiti” oraz „THX 1138”, nie cieszyły się popularnością. Jednak ograniczone środki finansowe nie były żadną przeszkodą. Najważnieszy był pomysł.

Legenda po latach

Zrealizowana po latach druga trylogia „Star Wars” pokazała, że powroty nie należą do łatwych. Podstawowy problem, z którym Lucas sobie nie poradził, to przełom technologiczny. „Mroczne widmo”, „Atak klonów” i „Zemsta Sithów” owocowały milionami dolarów, ale krytyka nie pozostawiła na nich suchej nitki. Wraz z feerią efektów specjalnych zabrakło atmosfery magii, tajemnicy i niezwykłości. Wyobraźnia widza przestała mieć znaczenie, bo cyfrowe triki zdominowały każdy element widowiska. Mistrz Yoda przestał być pełnoprawnym i namacalnym bohaterem filmowego planu. Arcydzieło animatroniki, cudowną maleńką lalkę z błyszczącymi oczami, zastąpił bezduszny, trójwymiarowy rysunek wygenerowany w pamięci komputera. Yoda nie był jedynym bohaterem, którego potraktowano w ten sposób. Stare i nowe „Star Wars” miały się do siebie tak, jak klasyczne animacje Disneya do technologicznych cudów w stylu „Shreka Trzeciego”. To już XXI wiek, ale coś straciliśmy. Nade wszystko wyczerpały się autorskie koncepcje. Po znakomitych debiutach lat 70-tych światowe kino już nigdy potem nie odnotowało tak niezwykłej eksplozji talentów w ramach jednego pokolenia. Jednak zarówno w przypadku Lucasa i Spielberga ciąg dalszy nastąpi, bo obaj panowie połączyli ostatnio swoje siły w realizacji „Indiany Jones 4”.

Najlepsze sequele w dobie technologii cyfrowej

Jedynym twórczym przykładem sequeli nowej generacji wydaje się „Władca Pierścieni” na podstawie prozy Tolkiena. Już sam rodowód literacki ustawił w tym przypadku bardzo wysoką poprzeczkę dla twórców filmowych. I trzeba przyznać, że Peter Jackson sprostał wyzwaniu. Po stronie reżysera stanęły przede wszystkim okoliczności realizacji, dokonanej niemal w tym samym czasie. „Drużynę pierścienia”, „Dwie wieże” i „Powrót króla” nakręcono „za jednym zamachem”. W podobny sposób wyglądała postprodukcja i ten zaplanowany spokój widać na ekranie. Wszystkie filmy okazały się jednolite. Każdy następny stanowił konsekwentną psychologicznie i stylistycznie całość w stosunku do swego poprzednika. Jedynym mankamentem wydawał się hermetyczny Tolkienowiski język, być może nie do końca zrozumiany przez osoby nie gustujące w fantastycznej literaturze. Jednak w kwestii spójności poszczególnych epizodów obrazy do dzisiaj nie mają sobie równych.

Talent kontra technologia

Historia pokazuje, że technologiczne przełomy nie zawsze były dla kina korzystne. Począwszy od wprowadzenia na ekran dźwięku, poprzez rewolucję audiowizualną, a skończywszy na ekspansji technologii cyfrowej. Zawsze była grupa filmowców, która nie potrafiła sobie poradzić z nowymi środkami artystycznego wyrazu. Jedni adaptowali się w nowych warunkach. Inni wypadali z gry. Jedno jest pewne. Postęp technologiczny nigdy nie zastąpi człowieka i jego talentu. Ciąg dalszy nastąpi, ale tej jednej rzeczy genialne efekty nigdy nie będą w stanie zrekompensować.

KD ( dla: Podkarpacka Agencja Prasowa 07-2007 )
fot. Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull (Paramount/ UIP 2008 )