Do trzech razy sztuka...

Czasy, kiedy wytwórnia Disneya dumnie dzierżyła palmę pierwszeństwa w produkcji filmów animowanych należą do przeszłości. W ciągu ostatniej dekady na największego konkurenta hollywoodzkiego weterana wyrosło studio DreamWorks SKG, firmowane przez trzy wielkie nazwiska światowego showbiznesu. Stevena Spielberga, potentata płytowego Davida Geffena i jednego z byłych szefów Disneyowskiego imperium Jeffreya Katzenberga. Wraz z rywalizacją, do której dołączyły inne wytwórnie, odeszła w zapomnienie klasyczna baśń filmowa.




Aż trudno dziś uwierzyć, że pierwsze istotne zmiany sprowokowało macierzyste studio Mistrza Walta, które na początku lat 90- tych połączyło swoje siły z pionierem technik cyfrowych, Pixarem. Zaczęło się niewinnie. Od filmu „Toy Story”, który wykorzystując olśniewającą technologię CGI( computer generated imagery ) nadal był najprawdziwszą bajką. Pozbawioną podtekstów i mrugania okiem do dorosłego widza. Jej sukcesy powtórzyły „Toy Story 2” oraz „Dawno Temu w Trawie”. Offensywa wytwórni DreamWorks wydawała się w tej sytuacji kwestią czasu. Odpowiedzią była równie efektowna „Mrówka Z”( 1998 ). Pierwsza animacja studia Spielberga, która okazała się bajką dla dorosłych. Film skądinąd znakomity rozpoczynała scena psychoterapii owada z głosem Woody’ ego Allena, kończyła zaś wymowna scena z panoramą Nowego Jorku. Konwencja przyjęta przez twórców okazała się niezrozumiała dla najmłodszego widza. Tak było m. in. w Polsce, gdzie „Mrówka Z” nie wzbudziła większego zainteresowania. Wina leżała również po stronie rodzimego dystrybutora, który nie zapewnił filmowi polskiego dubbingu. Dla wszystkich zaangażowanych w realizację i dystrybucję „Antz” była to lekcja twórczych wniosków. Ich owocem był „Shrek”, którego z wielu powodów należy uznać za jedną z najbardziej nowatorskich animacji wszechczasów.
Po pierwsze za sprawą odwrócenia schematu klasycznej baśni i nadanie jej cech pastiszu. To, co w bajkach dotychczas wzruszało tutaj stało się przedmiotem czystej ironii, a bohaterowie śmiali się z samych siebie. Dodatkowym elementem nieobecnym dotychczas w filmach animowanych był motyw autotematycznej refleksji, niezliczone cytaty zaczerpnięte z kina dla dorosłych. Zupełnie niespodziewanie ( a może zgodnie z intencją twórców ) „Shrek” okazał się propozycją dla publiczności w każdym wieku. Dzieci kibicowały królewnie znającej sztuki walki, choć nie wiedziały tak jak nastolatkowie, że Fiona musiała oglądać „Matrixa”. Dorośli na nowo odkryli niezwykły talent komediowy Jerzego Stuhra, uznając Osła za jedną z najlepszych ról w dorobku aktora. W każdym kraju obraz zyskał specyficzny lokalny koloryt, co jeszcze bardziej wzbogaciło jego innowacyjność. Co więcej entuzjastyczne opinie zielony Ogr zawdzięczał nie tylko publiczności, ale również krytykom i całej branży. Posypały się wszelkie możliwe nagrody, wśród których te najważniejsze to Oskar dla Najlepszego Filmu Animowanego 2001 roku, Złoty Glob przyznany w tej samej kategorii przez dziennikarzy zagranicznych akredytowanych w Hollywood czy w końcu Złota Palma za reżyserię na festiwalu w Cannes. Sukces drugiej części wydawał się murowany. Zrealizowany trzy lata później „Shrek 2” bardzo szybko zdobył tytuł najbardziej kasowego filmu animowanego wszechczasów. Sukces był tak ogromny, że studio Spielberga uczyniło DreamWorks Animation osobną spółką, świetnie notowaną na światowej giełdzie. Nieoczekiwanie Disney z Pixarem napotkali na swej drodze najgroźniejszego rywala.
W tym samym czasie na oczach całego świata dokonał się jeden z historycznych przełomów. Hollywoodzkie filmy realizowane metodą klasycznej animacji poklatkowej trafiły do lamusa. Publiczność zachwycona nowymi technologiami po prostu się od niej odwróciła. Nastąpiła pokoleniowa zmiana warty. Ostatnim, spektakularnym suckesem klasycznej animacji był Disneyowski „Król Lew” w 1994 roku. Dzieci, które zachwycały się tamtym filmem są dzisiaj dorosłymi ludźmi. Dzisiejsza najmłodsza widownia to potomkowie XXI wieku, których kultura masowa przyzwyczaiła do kompletnie innej estetyki. Czy aby z korzyścią dla nich samych?
Wątpliwości pojawiają się po obejrzeniu filmu „Shrek Trzeci”. W ciągu ostatnich lat powstała niezliczona ilość animowanych filmów nowej generacji. Wszystkie do znudzenia i do granic przyzwoitości wyeksploatowały to, co jeszcze nie tak dawno można było uznać za nowatorskie. Bo ile razy można powtarzać te same grepsy? Jak długo można liczyć na to, że widza rozśmieszy prostacki dowcip? Chyba tak długo, jak długo twórcy chcieliby liczyć zarobione pieniądze. Pytanie czy my będziemy chcieli to oglądać? Jedną z największych słabości kolejnego „Shreka” jest scenariusz. Banalny i pozbawiony elementów zaskoczenia, przypominający typowe hollywoodzkie bajki sprzed lat. To wielka niekonsekwencja pomysłodawców, bo decydując się na produkcję przeboju dla widza w każdym wieku powinni się bardziej postarać. Równie kiepskie są dialogi, wywołujące co najwyżej uśmiechy politowania. Olśniewająca jest tylko technika, ale ta już nikogo dzisiaj nie dziwi.
Sześć lat temu Shrek zwierzył się Osłowi, że Ogry są jak cebula. Składają się z warstw, po zdjęciu jednej pojawiają się następne. I faktycznie można było się z tym zgodzić. Dzisiaj tych warstw już nie ma, choć pozostała jeszcze efektowna, zielona dymka, która spożywana w nadmiernych ilościach wywołuje wzdęcia i nic więcej. Może więc pora pomyśleć co dalej? Może najlepiej oddać bajki ich prawowitym adresatom czyli najmłodszym? Proponuję powrót do animacji, które będą wzruszać i bawić. Prowokować dzieci do marzeń. Na dużym ekranie raczej tego nie doczekamy. Ale zawsze można zrezygnować z biletu do kina i kupić dziecku „Królewnę Śnieżkę” albo „Piotrusia Pana” na dvd. Będzie Wam za to wdzięczne do końca życia...

KD ( dla: Podkarpacka Agencja Prasowa 07- 2007 )
fot. Shrek The Third ( DreamWorks SKG 2007 )