Odcinanie kuponów...

Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Taką ewentualność powinien rozważyć niezniszczalny bohater Bruca Willisa z filmowej serii „Szklana Pułapka”. Detektyw John McClane nas oszukał . A szkoda, bo zaczęło się od pomysłu, który najwyraźniej przerósł wszystkich zaangażowanych w jego realizację.




McClane po raz pierwszy wkroczył na ekrany w 1988 roku. „Die Hard” z powodzeniem łączyło elementy kina sensacyjnego z wątkami komediowymi. Reżyser John McTiernan nie ukrywał, że produkcja nie aspirowała do niczego więcej poza sprawnie zrealizowanym kinem rozrywkowym. Prawdopodobnie właśnie ta szczerość twórców sprawiła, że pierwsza i kolejne części „Die Hard” okazały się komercyjnym sukcesem. Nawet jeśli McClane wychodził bez szwanku z najbardziej niesamowitych opresji wiedzieliśmy, że w kategorii hollywoodzkich widowisk z serii „zabili go i uciekł” film nie ma sobie równych. Bo zawsze gdzieś między wierszami pojawiała się szczypta ironii. Mrugnięcie okiem sygnalizujące, że to przecież tylko zabawa w kino. Z całym arsenałem nieprawdopodobnych wydarzeń McClane wydawał się facetem z sąsiedztwa, który całkiem po prostu wpadł w tarapaty. Warto również pamiętać, że McTiernan odkrył dla międzynarodowej widowni jeden z najbardziej niesamowitych czarnych charakterów współczesnego kina. Alan Rickman w roli Hansa Grubera pozostawał w pamięci na długo po wyjściu z kina, wpisując się w poczet najbardziej charyzmatycznych filmowych drani w historii. Chyba właśnie ta rola umożliwiła wybitnemu aktorowi brytyjskiemu zaistnienie w kinie komercyjnym. Choćby w przebojowym „Robin Hoodzie” u boku Kevina Costnera, gdzie jako szeryf Nottingham stanowił idealne wcielenie średniowiecznego Hansa Grubera. Mylili się ci wszyscy, którzy myśleli, że właśnie wtedy Rickman miał swoje pięć minut, bo najwięcej sławy zyskał wiele lat później. Jako powściągliwy i nieco przerażający Severus Snape w ekranizacjach „Harry’ ego Pottera”. Jednakże z wielkim szczęściem dla Rickmana nie on jest gwiazdą skupiającą uwagę milionów. Ten brak niezdrowych emocji ze strony publiczności to wielki przywilej prawdziwych artystów drugiego planu. Nie wytykamy im błędów, bo zdecydowanie rzadziej je popełniają. Niestety nie można tego powiedzieć na temat Willisa. Decydując się na role za wiele milionów dolarów dźwiga tym samym stereotyp gwiazdora, którego rozliczamy po każdej produkcji z jego udziałem. Aktor popełnił w swej karierze kilka błędów, ale ze szczerej sympatii widzowie mu wszystko wybaczyli. Nawet spektakularną porażkę w postaci „Barw Nocy”, które okazały się prawie filmem porno. Wszak Willis niejednokrotnie dowiódł swego talentu. Choćby za sprawą nieco autoironicznego „Pulp Fiction” Quentina Tarantino, gdzie uczył nas dystansu do ekranowych herosów. Również za sprawą poruszających kreacji dramatycznych z „Szóstym Zmysłem” na czele. Wielkim filmem pozwalającym uwierzyć, że znany aktor osiągnął ten etap swojej kariery, na którym już nic nie musi. Nade wszystko udowadniać, że to w jego rękach spoczywają losy całego świata. Czas pokazał, że jednak musi, a raczej tak mu się wydaje. „Live Free or Die Hard” to kropla, która przelała czarę, choć przez pierwsze pół godziny oglądamy film niosący z sobą potencjał pasjonującego widowiska.
Kanwę historii stanowi mocno dyskusyjna teoria terroryzmu wirtualnego, według której możliwy jest zmasowany atak hakerów na infrastrukturę całego kraju. Co ważniejsze, atak skuteczny i mogący ponownie sprowadzić człowieka do epoki kamienia łupanego. Początek filmu to próba oddania atmosfery takiego właśnie ataku. Chaos, ludzka bezsilność, niemożność zlokalizowania nieuchwytnego, nieznanego wroga. Przez pierwsze pół godziny obraz utrzymany jest w konwencji dramatu z aspiracjami polityczno ideologicznymi. Jakby składano nam obietnicę, że winniśmy oczekiwać czegoś znacznie ciekawszego, niż przeciętny film sensacyjny. Mistrzowska jest sekwencja, w której terroryści doprowadzają do nielegalnego przekazu telewizyjnego na całą Amerykę. Przekazu złożonego z wyrwanych z kontekstu fragmentów wypowiedzi kolejnych prezydentów USA. Słów będących zapowiedzią czegoś, czego nikt z nas nie jest sobie w stanie wyobrazić. W pamięć zapada szczególnie scena wybuchającego waszyngtońskiego Capitolu, przywodząca na myśl tragedię 11 września 2001 roku. To chwile, w których aż strach pomyśleć jak porażająca może być siła medialnego przekazu. Chwile, w których boimy się własnych wspomnień z pamiętnego dnia przed sześcioma laty. Równie porażająca jest perspektywa, że obraz z ekranów telewizorów jest mistyfikacją, bo konsekwencje takiej transmisji będą jak najbardziej realne...
I tutaj film się urywa...To, co oglądamy później wydaje się pomyloną rolką taśmy. Efektowną, choć tak ulotną jak zapach świeżego popkornu. Widz może mieć wrażenie, że właśnie w tym miejscu skończył się scenariusz oraz inwencja reżysera, a do akcji wkroczyli specjaliści „second unit”, odpowiedzialni za efekty kaskaderskie. Specjaliści od rozwalanych samochodów, kopania po twarzach i innych częściach ciała. Obraz Lena Wisemana to również dowód na to, jak zaawansowana technologia cyfrowa gubi dzisiejsze kino. Podczas oglądania „Szklanej Pułapki 4.0” większość naszej uwagi pochłania sztucznie generowana rzeczywistość, mająca stanowić pozory realizmu. Faktycznie pozory. Wystarczy wspomnieć finałową sekwencję pościgu myśliwca za ogromną ciężarówką. Nie trzeba być znawcą aby wiedzieć, że jedna rakieta z samolotu bojowego dalekiego zasięgu wystarczyłaby na zrównanie z ziemią całego konwoju wraz z autostradą. Sekwencja jest tak absurdalna, że niemal śmieszna i tak już będzie do końca filmu. Gubi twórców kompletny brak poczucia humoru i grobowa atmosfera. Gubi też ex- małżonka Demi Moore, którego kamienna twarz chwilami przypomina cyborga, bez obrazy dla Terminatora. U Schwarzeneggera brak mimiki oraz niezachwiana powaga były środkiem artystycznego wyrazu. U Willisa są bezpośrednim efektem mielizn scenariusza, dowodem braku pomysłu na postać głównego bohatera.
W 1988 roku McClane powiedział w jednej ze scen „Who’ s driving this car, Stevie Wonder?” Dziewiętnaście lat później te słowa nabierają symbolicznego znaczenia. „Live Free or Die Hard” jest jak samochód bez kierowcy. Z takimi perspektywami bliżej mu do kupy złomu niż robiącej wrażenie limuzyny.

KD ( dla: Podkarpacka Agencja Prasowa lipiec 2007 )
fot. Live Free Or Die Hard ( Fox/ Imperial- Cinepix 2007 )