Wilk z Wall Street kontra American Hustle

Co łączy Wilka z Wall Street i American Hustle? Na pierwszy rzut oka naprawdę sporo. Dwa komediodramaty oparte na faktach, oba wyprodukowane w 2013 roku i oba nominowane do Oscarów w tym samym sezonie 2013/ 2014. W obydwu przypadkach przewija się również kwestia tajnych operacji FBI. Jednak moja ocena tych filmów to dwa przeciwległe bieguny. 

fot. Taxi Driver - reż. M.Scorsese, zdjęcia M.Chapman (Sony Pictures 1976)

Najlepszym filmem w dorobku Martina Scorsese zawsze będzie dla mnie Taksówkarz z 1976 roku. Obraz do dziś analizowany w szkołach filmowych jako jeden z najbardziej innowacyjnych w historii kina. Pierwsze w historii plenerowe zdjęcia miasta bez sztucznego doświetlania. Prawdziwe ulice Nowego Jorku. Autentyzm ubrany w fabularny kostium świetnego kina psychologicznego. Niezapomniany Robert De Niro. Niezapomniana muzyka Bernarda Herrmanna. Taxi Driver to mój absolutny numer jeden. A gdyby chodziło o pierwszą trójkę takiej listy? Na miejscu drugim zdecydowanie kino gangsterskie czyli Chłopcy z ferajny, również Kasyno. Pozycja trzecia? Zdecydowanie Hugo i jego wynalazek. Fikcyjna opowieść zainspirowana prawdziwą historią Georgesa Meliesa. Pioniera science fiction, który jako pierwszy udowodnił, że kino może być czymś więcej niż tylko reprodukcją rzeczywistości. Melies pokazał, że kino to magia niemożliwego. Świat wykraczający poza codzienność, potoczne doświadczenie. Każdy z wyżej wymienionych tytułów jest dla mnie lepszy niż Wilk z Wall Street. Film naprawdę dobry, ale za długi, trochę przewidywalny, pozbawiony zaskoczenia. Mimo naprawdę fantastycznych epizodów budujących całą historię. Muszę tu zdradzić, że jeden z nich przypomniał mi popisową scenę z udziałem Umy Thurman z Pulp Fiction Tarantino sprzed dokładnie 20 lat. Kto widział oba obrazy, będzie wiedział co mam na myśli...

fot. The Wolf Of Wall Street- reż. M.Scorsese (Paramount Pictures 2013)

Zaskakujące jest to, że zarówno dzieło Scorsese jak i to zrealizowane przez twórcę Poradnika pozytywnego myślenia mają ze sobą wiele wspólnego. Oba zostały oparte na prawdziwych historiach genialnych oszustów, których kariery doprowadziły do współpracy z FBI. O ile w przypadku Jordana Belforta był to epizod, o tyle historię opowiedzianą w American Hustle zainspirowała książka w całości poświęcona tajnej operacji FBI. Mam tu na myśli Amerykański przekręt Roberta W. Greene' a dostępny również na polskim rynku wydawniczym. Inne są tylko nazwiska bohaterów. Irving Rosenfeld zamiast Mela Weinberga w popisowej kreacji Christiana Bale' a. Rzadko zdarzają się tytuły, w których absolutnie każda rola zasługuje na wyróżnienie. Gdyby przyznawano Oscary dla całego zespołu aktorskiego to właśnie American Hustle byłoby moim pierwszym kandydatem do tej nagrody. Nie tylko ze względu na wspomnianego już Bale' a, który przytył do swojej roli chyba tyle samo ile Robert De Niro do roli Ala Capone w Nietykalnych Briana De Palmy. Świetny jest również Bradley Cooper, który w roli agenta FBI Richiego DiMaso sprawia wrażenie autentycznego wariata. Wybitną kreację stworzyła dla mnie Amy Adams, której talent docenili niedawno zagraniczni dziennikarze akredytowani w Hollywood przyznając aktorce Złoty Glob. Jest jeszcze Jennifer Lawrence. Tak samo dobra jak w Silver Linings Playbook. Tym razem w roli drugoplanowej, ale w niczym nie odstającej od tych najważniejszych. No i w końcu scenariusz. Dzieło Davida O. Russella zaskakuje w ciągu dwóch godzin co najmniej kilka razy. Podobnie jak świetnie dobrana ścieżka dźwiękowa. Soundtrack na miarę Forresta Gumpa, który dla mnie stanowi pięćdziesiąt procent siły filmu...

 fot. American Hustle- reż. D.O. Russell (Columbia Pictures 2013)

K.D. dla Radionewsletter luty 2014